niedziela, 5 kwietnia 2009

"O Lucky Man!" - życie daje niezłego kopa...

Od dłuższego czasu kolega namawiał mnie na obejrzenie filmu „O Lucky Man!” Lindsaya Andersona z 1973 r. Długo zwlekałam, jako że zostałam uprzedzona, że nie jest to film lekki, w niczym nie przypominający filmów, o których nie pamięta się 15 minut po obejrzeniu. Wreszcie jednak zaliczyłam tę pozycję (już widzę słowa-klucze w Google, po których będą tu trafiać amatorzy wirtualnego seksu;). Rzadko zdarza się, by trzygodzinny film obejrzeć w takim skupieniu, z niewesołymi refleksjami pojawiającymi się w głowie podczas kolejnych scen.

Czym jest ten film? W angielskiej Wikipedii czy na Filmwebie przeczytać można, że to zabawna komedia pokazująca życie w społeczeństwie kapitalistycznym. Ja nie pamiętam, bym zaśmiała się na tym filmie, a jeśli nawet, z pewnością był to śmiech gorzki.

Fabułą filmu jest ścieżka kariery Micka Travisa (granego przez Malcolma McDowella), młodego, ambitnego, naiwnego Brytyjczyka, którego szczery uśmiech (może bezmyślny, można by powiedzieć znając całość filmu) otwiera mu perspektywę zyskownej pracy handlowca sprzedającego kawę (w Anglii obraz znany jest także jako „Coffee Man”). Tak zwane życie czy przypadek oraz spotykani po drodze ludzie sprawiają jednak, że każda próba wybicia się zawodowego i finansowego Travisa kończy się katastrofą (w bardzo wielorakim sensie). Bardzo prawdziwe refleksje społeczne i życiowe mieszają się w tym obrazie filmowym z surrealizmem, czasem podszytym symbolizmem, oraz absurdem. „O Lucky Man!” bywa nazywany przypowieścią filozoficzną i jak najbardziej na to miano zasługuje. Nie pozostawia złudzeń co do systemu kapitalistycznego, powszechnej korupcji, bezwzględności oraz dewiacji kryjącej się pod majestatem prawa i sprawiedliwości. Anderson nie oszczędza nikogo - ani wielkich tego świata, ani maluczkich, w tym samego głównego bohatera. Ostrą krytykę społeczną obrazu filmowego dopełnia muzyka i mocno ironiczne teksty Alana Price’a (klawiszowca "The Animals”). Film nie pozostawia suchej nitki zarówno na zorientowanych na materialny zysk karierowiczach, jak i na rozpoetyzowanych altruistach. Do końca czekałam na wskazanie przez reżysera jakiejś drogi, postawy, która umożliwia przetrwanie w naszym świecie jednocześnie pozwalając spojrzeć sobie bez obrzydzenia w oczy w lustrze. Takiej odpowiedzi Anderson jednak nie udziela. Ostania scena jest sceną symboliczną, a sam film należy do tych produkcji, które powinno się obejrzeć wielokrotnie i to na przestrzeni wielu lat.

Smaczkiem w „O Lucky Man!” jest między innymi to, że ci sami aktorzy odtwarzają po dwie, trzy role. Film jest częścią trylogii, której motywem łączącym jest życie Micka Travisa, do której oprócz „O Lucky Man!” zaliczają się: wcześniejszy obraz „If…” oraz wyprodukowany w latach osiemdziesiątych „Britannia Hospital”. Sam obraz „O Lucky Man!”, mimo że nakręcony w 1973 r., jest filmem jak najbardziej współczesnym, zwłaszcza w obecnej polskiej rzeczywistości.

Płatne, bezpłatne - oto jest pytanie?

Rupert Murdoch uważa, że nadejdzie czas płatnych informacji w Internecie. Trudno się z tym nie zgodzić, zważywszy, jak cały czas marketingowcy poszukują nowych form zarabiania w Internecie, a wielu witryn nie sposób przeglądać bez zainstalowanego adblocka. Serwisy płatne to nie nowość, jednak Murdoch rzeczywiście słusznie przewiduje, że ich ilość będzie narastać. Sprzedaż prasy leci w dół, bo przecież wszystkie newsy dostępne są w sieci, sama korzystam od dawna z e-wydań gazet i czasopism i trudno mi ustalić, kiedy ostatni raz kupowałam papierową „Wyborczą” czy „Politykę”. Najpewniej obecne bezpłatne serwisy informacyjne polskich portali także powoli staną przed problemem – opłaty za informacje i niektóre serwisy czy stałe zwiększanie powierzchni reklamowej na stronie poprzez wynajdywanie wciąż nowych placementów, coraz bardziej utrudniających bezstresowe korzystanie z serwisów. Zabiegi typu linki tekstowe w artykułach prasowych pozornie nawiązujące do treści w nich zawartej, w rzeczywistości kierujące do reklamy, pozostawię bez komentarza. Opłaty za czytanie treści merytorycznej są więc może pomysłem co najmniej wartym uwagi już teraz, zanim portale dojdą do maksymalnego wkurzenia użytkowników, owocującego powszechnością adblocka, w rezultacie przynoszącą więcej strat niż zysków z tradycyjnych kampanii internetowych. Zdrowy rozsądek podpowiada, że skoro płacimy i tak za rzeczy dla nas wartościowe w jakiś sposób, dlaczego nie płacić za informacje w Internecie, tak jak od lat płacimy za gazety i czasopisma. Zdrowy rozsądek nie idzie jednak w parze z polskim charakterem narodowym, co pokazała m. in. akcja protestacyjna użytkowników w serwisie nasza-klasa.pl, gdy funkcjonalność „odwiedzający profil” stała się usługą płatną. Dlatego też nie sądzę, że proste będzie ewentualne wprowadzenie opłat za newsy serwisów informacyjnych, bo userzy poczują, że odebrano im kolejną zabawkę, do której dotychczas mieli cały czas dostęp. Kwestią wartą uwagi jest oczywiście jakość płatnych informacji – np. zatrudnienie tabunu korektorów w przypadku naszych rodzimych serwisów byłoby z pewnością koniecznością. W innym przypadku media tradycyjne mogą przeżyć renesans, jako że tamtejsza jakość informacji nadal ma przeważnie przewagę nad Internetem.

Nie ma odwrotu od komercjalizacji Internetu i nigdy nie było innej możliwości. Na pocieszenie, łatwość technologiczna publikowania w sieci sprawia, że zawsze będą też pewnie serwisy bezpłatne oraz nisze dla osób mających coś ciekawego do powiedzenia pro publico bono, które po prostu muszą, bo inaczej się uduszą.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Polakom gratulujemy marketingu Orange

Szum wokół wprowadzenia i-Phona na polski rynek robi się nie do zniesienia. Oprócz normalnych w tym wypadku medialnych kampanii reklamowych, z pewnością zadziałał tutaj marketing szeptany, który jednak przy i-Phonie z tradycyjnie pojętym szeptem nie ma nic wspólnego, gdyż o i-Phonie rozmawia się głośno i wszędzie - w pracy podczas przerwy na papierosa, na spotkaniach towarzyskich, na forach internetowych, czy na Blipie. Tymczasem jedna z sieci komórkowych, która właśnie udostępnia w swej ofercie i-Phona klientom, strzeliła sobie w tym samym momencie w kolano. Orange mianowicie zagrało „niestandardowym sposobem promocji” - stworzyło sztuczne kolejki po i-Phony przed swoimi salonami, po czym wyznało tę marketingową nowinę w mediach. Fragment artykułu z „Życia Warszawy”:

Wojciech Jabczyński z firmy Orange zapewniał, że telefonów nie zabraknie. Po co więc kolejki? I dlaczego ludzie nie ustawiają się pod salonami Ery, gdzie też będą sprzedawane i-Phony 3G?

– Przyznaję, że kolejki to element naszych działań marketingowych. Chcemy jeszcze bardziej zwrócić uwagę na premierę tego urządzenia – mówi Jabczyński. – Premierom nowych produktów firmy Apple na całym świecie towarzyszy ogromne zainteresowanie, chcemy podsycić atmosferę i u nas. Podstawieni kolejkowicze będą podczas premiery doradzać prawdziwym klientom.

Otóż Drodzy Specjaliści ds. Marketingu firmy Orange… podsycać zainteresowania i-Phonem w Polsce raczej nie trzeba, myślę, że jest ono na tyle spore, że i zyski będą nad wyraz przyzwoite. Oczywiście, zawsze może być lepiej. Jeśli jednak szanowni specjaliści wyszli z tego założenia przygotowując akcję sztucznych kolejek, nie mogę wyjść ze zdumienia, jak można liczyć na pozytywny oddźwięk tego typu akcji, sprzedając mediom jej sterowalność przed finałem. Teraz raczej oczekiwałabym uśmiechu zażenowania w oczach potencjalnych klientów, nie mówiąc o specjalistach z branży. I-Phony i tak by się sprzedały, wrażenie nieudolności w przeprowadzaniu akcji promocyjnych pozostanie.

edit: viralowa szeptanka w internecie? i kto to teraz łyknie?