Od dłuższego czasu kolega namawiał mnie na obejrzenie filmu „O Lucky Man!” Lindsaya Andersona z 1973 r. Długo zwlekałam, jako że zostałam uprzedzona, że nie jest to film lekki, w niczym nie przypominający filmów, o których nie pamięta się 15 minut po obejrzeniu. Wreszcie jednak zaliczyłam tę pozycję (już widzę słowa-klucze w Google, po których będą tu trafiać amatorzy wirtualnego seksu;). Rzadko zdarza się, by trzygodzinny film obejrzeć w takim skupieniu, z niewesołymi refleksjami pojawiającymi się w głowie podczas kolejnych scen.
Czym jest ten film? W angielskiej Wikipedii czy na Filmwebie przeczytać można, że to zabawna komedia pokazująca życie w społeczeństwie kapitalistycznym. Ja nie pamiętam, bym zaśmiała się na tym filmie, a jeśli nawet, z pewnością był to śmiech gorzki.
Fabułą filmu jest ścieżka kariery Micka Travisa (granego przez Malcolma McDowella), młodego, ambitnego, naiwnego Brytyjczyka, którego szczery uśmiech (może bezmyślny, można by powiedzieć znając całość filmu) otwiera mu perspektywę zyskownej pracy handlowca sprzedającego kawę (w Anglii obraz znany jest także jako „Coffee Man”). Tak zwane życie czy przypadek oraz spotykani po drodze ludzie sprawiają jednak, że każda próba wybicia się zawodowego i finansowego Travisa kończy się katastrofą (w bardzo wielorakim sensie). Bardzo prawdziwe refleksje społeczne i życiowe mieszają się w tym obrazie filmowym z surrealizmem, czasem podszytym symbolizmem, oraz absurdem. „O Lucky Man!” bywa nazywany przypowieścią filozoficzną i jak najbardziej na to miano zasługuje. Nie pozostawia złudzeń co do systemu kapitalistycznego, powszechnej korupcji, bezwzględności oraz dewiacji kryjącej się pod majestatem prawa i sprawiedliwości. Anderson nie oszczędza nikogo - ani wielkich tego świata, ani maluczkich, w tym samego głównego bohatera. Ostrą krytykę społeczną obrazu filmowego dopełnia muzyka i mocno ironiczne teksty Alana Price’a (klawiszowca "The Animals”). Film nie pozostawia suchej nitki zarówno na zorientowanych na materialny zysk karierowiczach, jak i na rozpoetyzowanych altruistach. Do końca czekałam na wskazanie przez reżysera jakiejś drogi, postawy, która umożliwia przetrwanie w naszym świecie jednocześnie pozwalając spojrzeć sobie bez obrzydzenia w oczy w lustrze. Takiej odpowiedzi Anderson jednak nie udziela. Ostania scena jest sceną symboliczną, a sam film należy do tych produkcji, które powinno się obejrzeć wielokrotnie i to na przestrzeni wielu lat.
Smaczkiem w „O Lucky Man!” jest między innymi to, że ci sami aktorzy odtwarzają po dwie, trzy role. Film jest częścią trylogii, której motywem łączącym jest życie Micka Travisa, do której oprócz „O Lucky Man!” zaliczają się: wcześniejszy obraz „If…” oraz wyprodukowany w latach osiemdziesiątych „Britannia Hospital”. Sam obraz „O Lucky Man!”, mimo że nakręcony w 1973 r., jest filmem jak najbardziej współczesnym, zwłaszcza w obecnej polskiej rzeczywistości.